Jesteś tutaj: Kampanie Podatek Tobina Opodatkować znaczy sterować: podatek Tobina

Opodatkować znaczy sterować: podatek Tobina

   Rozdział książki Hansa-Petera Martina i Haralda Schumanna - "Pułapki globalizacji", Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000, przeł. Marek Zybura.


Rządy UE ryzykują dotkliwą klęskę w starciu z maklerami walutowymi i ich klientami w funduszach powierniczych. Trzeba to nazwać nieodpowiedzialną zabawą z ogniem. Jeżeli projekt walutowy padnie, to straci na tym nie tylko europejska gospodarka. Niewiarygodna stanie się wówczas na nieprzewidywalny czas sama koncepcja integracji europejskiej. Stary Kontynent przegra akurat to, czego jego narody w dobie globalizacji potrzebują najpilniej: zdolność wspólnego działania. Przy tym charakteryzuje tę podróż w europejską ślepą uliczkę zdumiewająca ignorancja odpowiedzialnych polityków i ich parlamentarnych kontrolerów: przecież ich bezsilność wobec rynku finansowego jest dobrowolna - i można od niej uciec. Nie cofając zegara historii, aby ponownie wprowadzić globalny system w stylu układu z Bretton Woods, można poskromić destrukcyjną potęgę elektronicznej armii maklerów.

Stosowny plan opracowany już został w latach siedemdziesiątych przez amerykańskiego ekonomistę i noblistę Jamesa Tobina. Nie regulowany strumień kapitałów z charakterystycznymi dlań nagłymi zmianami kierunku i chaotycznymi skokami kursów przynosi szkody gospodarce materialnej, argumentował uczony. Zalecał, by "wsypać nieco piasku w tryby naszych przesadnie efektywnych, międzynarodowych rynków pieniężnych" i obłożyć wszystkie transakcje walutowe jednoprocentowym podatkiem (1).

Taki podatek wydaje się niski, miałby jednak przełomowe skutki. Przede wszystkim już tylko w wyjątkowych wypadkach mógłby się opłacać proceder polegający na wykorzystywaniu różnic w stopach procentowych pomiędzy rynkami i krajami. I tak na przykład, aby ulokować nisko oprocentowaną markę niemiecką w wyżej oprocentowanych dolarowych papierach wartościowych, inwestor musiałby się liczyć z koniecznością odprowadzenia fiskusowi 2 procent swego kapitału, ponieważ przyjdzie mu przecież wymiany dokonać dwa razy. Przy popularnych dzisiaj inwestycjach w trzymiesięczne weksle opłaciłoby to się dopiero wtedy, gdyby różnica między oprocentowaniem niemieckim a amerykańskim - w skali rocznej - wynosiła 8 punktów procentowych, co jest niemożliwe. Przy dłuższym okresie lokaty zysk byłby wprawdzie większy, ale rosłoby też ryzyko, że różnica w oprocentowaniu, a tym samym i wartość lokaty, znów spadnie.

Korzyści z takiego stanu rzeczy dla gospodarki realnej są oczywiste: banki emisyjne mogłyby znów niezależnie od siebie sterować poziomem stóp procentowych na rynkach narodowych, adekwatnie do stanu gospodarki swoich krajów. Nawet w sytuacji wysokiej koniunktury w USA, pogrążeni w recesji Europejczycy mogliby pożyczać swoje pieniądze nawet do ośmiu punktów procentowych taniej aniżeli FED.

"Podatek Tobina", nazwany tak od nazwiska swego pomysłodawcy, nie dałby oczywiście rządom swobody ustalania kursów wymiany według ich widzimisię. Nie miałoby to też sensu. Skoro kraje różnią się od siebie rozwojem gospodarczym, to muszą się też móc zmieniać parytety ich walut. Niemniej przeto drastycznie spadłyby obroty o charakterze spekulacyjnym, a rozwój kursów podążałby raczej za realnymi, "funadamentalnymi" (w żargonie ekonomicznym) danymi gospodarczymi. Równocześnie banki emisyjne mogłyby znów spełniać swoją najbardziej podstawową funkcję i stabilizować kursy. Ich uwolnione od podatku zakupy interwencyjne nabrałyby z powrotem znaczenia, bo zmniejszyłaby się ilość płynnego kapitału w systemie.

Za podatkiem obrotowym a la Tobin w handlu walutami przemawia w końcu możliwy do przewidzenia wynik fiskalny. W zależności od jego poziomu specjaliści liczą się (nawet przy zmniejszeniu obrotów o dwie trzecie) z globalnym przychodem od 150 do 720 miliardów dolarów (2).

Odciążyłoby to nie tylko przegrzane budżety krajowe. Byłby to tym razem wyjątkowo także "Podatek nałożony na Wall Street, nie zaś na Main Street" - pisze bremeński ekonomista, profesor Jorg Huffschmid (3). Można by w ten sposób, przynajmniej częściowo, skompensować straty spowodowane przez zorganizowaną ucieczkę podatkową sektora finansowego.

Od strony naukowej i politycznej już od dziesięcioleci nie ma przeciwko propozycji Tobina żadnych liczących się argumentów. Jest ona "pod względem teoretycznym bez zarzutu" - zgadza się nawet Hans-Helmut Kotz, główny ekonomista Niemieckiej Centrali Żyrowej, banku kas oszczędnościowych. Prosta ta koncepcja ma wszakże jedną zdecydowaną wadę: ci, których ona dotyczy, są jej przeciwni i grają, jak zresztą i przy normalnych podatkach, na różnicach między państwami świata. Kotz mówi: "Nowy Jork i Londyn nigdy do tego nie dopuszczą" (4). A gdy chociaż jeden większy ośrodek finansowy na świecie pozostanie wolny od podatku, handel walutowy skoncentruje się właśnie tam. I nawet gdyby wszystkie kraje G7 wspólnie wprowadziły podatek Tobina, to branża finansowa mogłaby formalnie przenieść swoje handlowe interesy do filii offshore rozsianych od Kajmanów po Singapur i zneutralizować tym samym pożądany efekt hamulca. "Niepowodzenie podatku od obrotu walutami" jest zatem z góry "zaprogramowane" - cieszy się jeden z ekonomistów w Deutsche Bank (5). Jego amerykański kolega sformułował groźbę finansistów zupełnie bez osłonek: jeżeli zainterweniuje państwo, "umieścimy swoje centrale na statkach pływających na środku oceanu" (6).

Przed tą logiką korzą się jak dotąd wszystkie rządy. Już dwukrotnie odpowiedni projekt ustawy odrzucony został w amerykańskim Kongresie. Również niemieckie Ministerstwo Finansów, dręczone miliardowymi dziurami w budżecie, w milczeniu przełyka rzuconą przez maklerów walutowych groźbę ucieczki. Propozycji Tobina "nie da się już dzisiaj zastosować" - usprawiedliwia sekretarz stanu Jiirgen Stark fiskalną powściągliwość państwa wobec spekulantów. Miałaby sens tylko wówczas, gdyby "wprowadzona została przez wszystkie 190 państw świata równocześnie" (7).

Rozsądna koncepcja "ograniczenia szkodliwego gospodarczo rozhuśtania kursów na rynkach walutowych odkładana jest zatem do lamusa nie ze względów technicznej niemożności, lecz głównie dlatego, że zderza się z interesami sektora bankowego" - podsumowuje zaistniałą sytuację Huffschmid.Ale nawet i tak pomyślany podatek obrotowy nie poskromi rozszalałego sektora finansowego, dopóki państwa konkurują ze sobą o miejsca pracy i kapitały. Nie oznacza to jednak, że poszczególne kraje, a zwłaszcza Unia Europejska, miałyby być skazane na bezsilność. Mogłyby działać samodzielnie, co udowadnia Tobin w nowym studium z lata 1995 r. (8)
Musiałyby jedynie w kwestii opodatkowania uczynić jeszcze jeden krok dalej i opodatkować także pożyczanie swoich walut zagranicznym instytucjom finansowym, w tym i zagranicznym filiom swoich banków. Tego dodatkowego podatku nie dałoby się zresztą obejść: kto chce na przykład spekulować przeciwko frankowi, musi najpierw zaopatrzyć się we franki. I nawet gdy zaopatruje się w nie w banku nowojorskim czy singapurskim, to bank ten musi się w końcu refinansować w bankach francuskich, które podatkową dopłatę odprowadziłyby do swoich klientów.

Podatek ugodziłby niepożądaną spekulację u jej źródeł, przy kredytach, z których finansowany jest spekulacyjny depozyt. Okrężną drogą opodatkowanie doprowadziłoby de facto do częściowego zniesienia liberalizacji obrotu kapitałowego. Nie dotknęłoby to jednak handlu i realnej gospodarki. Dla wymiany towarowej czy inwestycji zagranicznych w zakłady przemysłowe dopłata podatkowa nie miałaby większego znaczenia, odbiłaby się jednak kolosalnie na miliardowych transakcjach spekulantów, operujących minimalnymi marżami i czerpiących zyski z odchyleń kursów o setne ułamki punktów procentowych.

Jak na ironię losu, unijny Traktat z Maastricht wyraźnie przewiduje ponowne wprowadzenie, na wypadek takiej potrzeby, kontroli obrotu kapitałowego. Ale w oczach bankierów i innych wyznawców rynkowej idolatrii strategia taka jest złośliwą herezją. Broniąc kapitału, liczyć mogą jak dotąd na wsparcie ze strony większości redakcji ekonomicznych w wielkich mediach. Tak na przykład "Frankfurter Allgemeine Zeitung" fantazjowała, że podatek Tobina prowadzi do "stworzenia globalnego państwa policyjnego na wzór orwellowski" (9) .

Jednak liczba krytyków niekontrolowanego rynku pieniężnego wciąż rośnie, także wśród elit politycznych. Od kanadyjskiego ministra finansów poczynając, poprzez jego kolegów w Tokio i Paryżu, a na szefach banków emisyjnych w Azji Południowo-Wschodniej i Holandii kończąc, poważni politycy od lat już przedkładają propozycje wzięcia na wodze rynków finansowych. Najdalej posunął się Jacąues Delors, były przewodniczący Komisji Wspólnoty Europejskiej. Po zapaści Europejskiego Systemu Walutowego latem 1993 r. domagał się w strasburskim Parlamencie Europejskim "środków ograniczających spekulacyjne transfery kapitału". Europa musi "być w stanie móc się skutecznie bronić". "Także bankierom nie wolno tak po prostu działać, jak się im żywnie podoba. Dlaczego nie mielibyśmy ustanowić paru reguł gry? Dlaczego Wspólnota nie miałaby przejąć inicjatywy?" (10)
Finansjera zareagowała z miejsca: "Dokąd zajdziemy, jeżeli człowiek, który wprowadził europejski rynek wewnętrzny, domaga się teraz kontroli?" - grzmiał Hilmar Kopper z Deutsche Bank. Razem z szefami Dresdner Bank i Commerzbank napiętnował "demonizowanie spekulacji", bo to nie o nią chodzi, a o właściwą politykę finansową (11).
Żaden z rządów nie odważył się jeszcze wystąpić przeciwko tym siłom. Kolejnych reformatorów zawracano do szeregu. Niemniej przeto dni globalnej anarchii finansowej są już policzone. Prędzej czy później nie będzie innego wyjścia, jak tylko z powrotem poddać rynki kapitałowe surowemu nadzorowi państwowemu. Bowiem chaotyczna autodynamika świata finansów wymyka się spod kontroli także jego reżyserom. W finansowej cyberprzestrzeni milionów połączonych ze sobą komputerów kumulują się różne rodzaje ryzyka porównywalne z zagrożeniami techniki atomowej.


-----------------------------------------------------------------------------------


(1) James Tobin, A Proposal for International Monetary Reform, w: "The Eastern Economic Journal" 3-4, lipiec/październik 1978.
(2) I tak amerykański ekonomista David Felix oblicza np., że przy stopie procentowej rzędu 1 procent opodatkowywane pozostawałyby obroty w wysokości 72 bilionów dolarów rocznie, co dałoby 720 miliardów dochodów z podatku.
(3) Jorg Huffschmid, Funktionsweise, Nutzein wid Grenzeti der Tobin-Tax, w: "Informationsbrief Weltwirtschaft & Entwicklung, Sonderdienst" 8/1995.
(4) Rozmowa z czerwca 1995 r.
(5) Alexander Schrader, Devisenumsatzsteuer - Scheitern programmiert, w: "Deutsche Bank Research. Bulletin", 26.6.1995, cyt. za: Jorg Huffschmid, por. przyp. 55.
(6) Cyt. za: Gregory Millman, por. przyp. 74, s. 231.
(7) "Suddeutsche Zeitung", 21.3.1995.
(8) Barry Eichengreen, James Tobin, Charles Wypłosz, Two Cases for Sand in the Wheels of International Finance, w: "The Economic 105, Journal", 1995.
(9) "Frankfurter Allgemeine Zeitung", 17.3.1995.
(10) "Wall Street Journal", 16.9.1993.
(11) "Vereinigte Wirtschaftsdienste", 30.9.1993.

Kontakt

 info@attac.pl

    

© wszystkie prawa zastrzeżone